Zielsko
W technice Silhouette (ciekawych nazwy odsyłam tutaj)
W technice Silhouette (ciekawych nazwy odsyłam tutaj)

Dzisiaj znalazłem stary aparat Kodaka z lat 70tych. Tak jak w Polaroidzie, tutaj tez zdjęcia wywolują się natychmiast. Problem taki, że filmów do niego już dawno nie produkują. Trudno.
Jednak nagle odzywa się Ewka i mówi, że ma 2 aparaty marki ZENIT. Jaram się tym sprzętem. Genialny jest. Musiałem pomacać. Kiedyś napewno jakieś zdjęcia z tego aparatu będą na blogu..
Ewa z dwoma na raz ;).



To co ostatnio. Tym razem w lekko innym kadrze.
PS Co powiedzielibyście na bloga bez słów? Same obrazki? Np w TAKIEJ lub podobnej formie? Czekam na opinie w komentarzach.
Okazało się, że nie ma miejsca w pociągach na 1 lipca. Spóźniliśmy się trochę z zakupem biletów powrotnych. Decyzja? Wracamy we wtorek rano. Jedynym problemem było przeżycie dodatkowego dnia i nocy. Jak się okazało całkiem ciekawa przygoda to była. Spanie na plaży etc. Ludzie też całkiem przyjaźnie nastawieni :p. Pomimo pewnego pecha wszystko się fajnie wspomina. Wróciłem do domu poparzony przez słońce, troche wygłodniały (narazie mam dość chińskich zupek), z masą przeżyć i ciekawych historii. Za rok jeśli się uda to też pojadę. Też z aparatem!
Na koniec dostaliśmy fajny widok.
W sumie ostatni wpis, a ja jakos tak malo piszę. Fot też jakoś mało. Słowo na koniec? Jeśli masz okazję jechać na coś podobnego – jedź nie pożałujesz. Atrakcji więcej niż się można spodziewać ;]. Pozdro dla wszystkich, którzy odwiedzali tą stronę. Mam nadzieję, że będziecie wracać pomimo braków open’erowych wpisów i będziecie czytać i oglądać inne moje wypociny.
PS W sumie jeszcze jakieś foty z tego wypadu mam. Czy się pojawią? Nie wiem, ale zaglądajcie i sprawdzajcie.
Do nastepnego wpisu!
Koncerty się skończyły. Skończył się Open’er 2009. Pole namiotowe czynne do 12. Już dawno po tej godzinie, a ludzie na polu ciągle siedzą. Jakoś namiotów nie składają. Nie spieszy im się. W sumie nie do końca. Wystarczyło poczekać do jakiejś 13-14 żeby zobaczyć małe śmietnisko Babie Doły. Oprócz śmieci jest masa porzuconych rzeczy – przede wszytskim namiotów. Wystarczyło mieć ochotę i taki porzucony namiot złożyć, a następnie zabrać do domu. Wybór całkiem spory. Najwidoczniej ludziom nie opłacało się ich zabierać w drogę powrotną. Inni na tym korzystali. Co oprócz namiotów? Alkohole. Pozdrowienia dla chłopaków, którzy uzbierali siatkę wypełnioną piwami i innymi trunkami. Nawet jedzenia było sporo. Ciekawa sprawa. Polecam zostać za rok i to zobaczyć.
Wspomniane wyżej śmieci.
Bez kubka, łyżeczki, gorących kubków i czajnika/grzałki nie wybieraj się na pole!

Ostatni odjazd z Babich Dołów

Dworzec PKP Gdynia. Wypełniony po brzegi uczestnikami open’era. Jest ich mnóstwo, śpią, leżą wszędzie. Szkoda, że nie miałem okazji na więcej fot z tego miejsca. Wbrew pozorom nie przybyliśmy na dworzec, żeby czekać na pociąg. Czekała nas jeszcze jedna noc w Gdyni.

Jutro też napiszę.
Po wyprawie do Gdyni, aparacik poleciał do depozytu. Zaczynał trochę zawadzać, kiedy to trzeba było iść na koncerty, a przemycić takiego klocka byłoby trudno (choć niektórym się to udawało). Tak sobie przeleżał, aż do powrotu z The Prodigy. Czy to źle? Może i tak, ale przynajmniej był bezpieczny, a przy moim open’erowym szczęściu to chyba nawet lepiej, że tam pozostał. W sumie dzisiejszy wpis jest o niebie. Kto był i widział ten wie, że wschód wygladał konkretnie. Mam kilka fot z tego, ale z żadnej tak do końca nie jestem zadowolony. Jednak coś wybrałem, a czy się podobają to oceńcie wy.
Wschód zaraz po powrocie z ostatniego koncertu.

Pełna okazałość.

W komentarzach padło pytanie czym focę. No to odpowiadam. Canon 350d i dwa obiektywy: Kit 18-55mm f3.5-5.6 oraz stałka 50mm f1.8.
PS Zdaję sobie sprawę, że ten wpis nie jest najciekawszy :P. Ale spokojnie, pomimo, że open’er się skończył my pozostaliśmy w Gdyni jeden dzień dłużej. Jutro też będzie wpis.
Kontakt z plażą. Jako, że raz nam było za mało, wbiliśmy tam raz jeszcze wieczorem, jak z resztą pół open’era. Niestety zdjęć z tej imprezy pokazywać publicznie nie będę ;D. Mimo wszytsko pozdrowię wszystkich, którzy się tam zjawili. Rano trzeba było wstać, ale co tu robić do godziny 16 (kiedy to bramy festiwalu się otwierają) ? W Gdyni szykował się zlot żaglowców, więc postanowiliśmy to sprawdzić. Tak naprawdę byliśmy głodni, a zlot to tak przy okazji. Dzięki tej małej wycieczce zobaczyliśmy, że Gdynia pełna jest śmiesznych i ciekawych ludzi. Tak, będą ich fotki, ale nie wszystkie na raz :P.




I tak śmigaliśmy po Gdyni. Następnie powrót na Babie Doły i wyjazd na pierwsze koncerty. A jak one wyglądały? Przeczytacie i zobaczycie w sumie wszędzie. YouTube, Google etc. Krótko mówiąc atmosfera przebiła wszystko.
Do jutra.
Czternaście godzin w pociągu jakoś zleciało. Zaraz przed wjazdem do trójmiasta pogoda postanowiła się zmienić na tą bardziej mokrą. Początkowo ciężko było uwierzyć, że się poprawi. Wizja pola namiotowego tonącego w wodzie była dosyć niepokojąca. Jednak im bliżej byliśmy Babich Dołów tym wszytsko wyglądało lepiej. Wymiana biletów na opaski oraz smycz z programem i jesteśmy gotowi. Przyszła pora rozbijania namiotów. Panowie w niebieskich t-shirtach ładnie wszytskim kierowali, kto gdzie co i jak. „Co i jak” oznaczało mniej wiecej – postarajcie się rozbijać te namioty ciasno, ciaśniej.. No, ale nie wybrzydzaliśmy. Ważne, że prysznice w normalnej odległości.
Tak wyglądało pole 1 lipca, zaraz po tym jak się rozbiliśmy. Wbrew pozorom to jeszcze nie wszyscy, a dopiero jakies 50-60% ;). Na zdjęciu sąsiadka z ekipy, która zawsze pożyczyła czajnik. Dziekujemy!

Jak wiadomo, nie samą atmosferą człowiek żyje, więc poszliśmy coś przekąsić. Jak widać na pomorzu mają jakieś nowości kulinarne zwane Zmalcem ;). Jeśli ktoś próbował, niech da znać jak to smakuje i czy ma coś wspólnego ze smalcem. Po tym postanowiliśmy zobaczyć ile osób zjawiło się na tak reklamowanym grillu. Jak się okazało całkiem sporo. Zjadłem darmowe kiełbaski, więc was lubie.
Pierwszy kontakt z morzem tego dnia. Całkiem miłe powitanie.

Noc z 30 czerwca na 1 lipca. Godzina odjazdu – kilka minut po północy. Sam początek, a już nie do zapomnienia. Początkowo start miał odbyć się ze stacji Kraków Główny, ale chcąc sobie wcześniej zaklepać miejsca postanowiliśmy jechać z Krakowa Płaszowa (zostaliśmy poinformowani że nasz pociąg tam będzie, albo ja źle uszlyszałem :P). Po dojechaniu do tego drugiego(pociągiem), okazało się, że nasz transport do Gdyni się tam nie zatrzymuje. No to powrót na wariata z dziwnym taksówkarzem na Główny. Dobrze, że się udało :P.
Po powrocie na Główny przyszedł czas na odnalezienie miejsca odjazdu.

Pociąg pędził jak szalony. Jakieś 14 godzin starał się przekroczyć barierę dźwieku. Bezskutecznie

Miało to być 14h poznawiania open’erowiczów, picia różnych rzeczy etc. Jak się jednak okazało nasz wagon wypełniony był głównie starymi ludźmi. Początkowo myśleliśmy, że oni też do Gdyni, ale jacyś mało imprezowi byli. Trzeba było sobie radzić we własnym przedziale.

Z tego miejsca Pozdrowienia dla dwóch dziewczyn jadących na Open’era we dwójkę w jednym przedziale :).
A co było po 14h jazdy pociągiem? Postaram się opisać już jutro.
PS przypominam ze do komentowania wymagany jest adres e-mail (jest on niewidoczny)